Czy można medytować „źle”

Wyobraź sobie następującą sytuację: siadasz na poduszce w cichym pokoju, zamykasz oczy, bierzesz głęboki oddech i… nagle przypominasz sobie o niezapłaconym rachunku za prąd. Zanim zdążysz wrócić uwagą do oddechu, twój umysł układa już listę zakupów na jutro, analizuje niezręczną rozmowę z szefem sprzed pięciu lat i zastanawia się, czy pingwiny mają kolana. Otwierasz oczy z poczuciem porażki. Zamiast upragnionego stanu zen, czujesz frustrację. W głowie pojawia się natrętne pytanie: czy ja to robię źle?

To jeden z najczęstszych dylematów osób rozpoczynających przygodę z mindfulness. Paradoks polega na tym, że praktyka mająca na celu redukcję stresu, często staje się jego nowym źródłem. Żyjemy w kulturze zorientowanej na osiągnięcia, więc naturalnie przenosimy ten sam schemat na rozwój duchowy i mentalny. Chcemy medytować „dobrze”, optymalnie i z mierzalnym rezultatem. Jednak czy w ogóle istnieje coś takiego jak zła medytacja? Z punktu widzenia nauki, psychologii i wielowiekowych tradycji – odpowiedź jest o wiele bardziej złożona, fascynująca i uwalniająca, niż mogłoby się wydawać.

Pułapka perfekcjonizmu i kultura „Zen-Estetyki”

Zanim zrozumiemy, na czym polegają błędy w medytacji, musimy spojrzeć na to, jak współczesny świat ukształtował nasze oczekiwania. Branża wellness, warta obecnie miliardy dolarów, sprzedała nam bardzo specyficzny obraz uważności. Według reklam i mediów społecznościowych, medytacja to piękna kobieta w idealnie białych legginsach, siedząca w kwiecie lotosu na tle zachodzącego słońca, z absolutnie niewzruszonym wyrazem twarzy. Ten wyidealizowany obraz tworzy w nas nierealistyczne oczekiwania.

Kiedy siadamy do praktyki i konfrontujemy się z hałasem własnego umysłu, czujemy dysonans. Wydaje nam się, że nasz mózg jest w jakiś sposób „zepsuty” i nie nadaje się do medytacji. Tymczasem badania neurobiologiczne pokazują coś zupełnie odwrotnego. Twój umysł robi dokładnie to, do czego ewoluował przez miliony lat – skanuje otoczenie, rozwiązuje problemy i przewiduje zagrożenia. Próba wyłączenia tego mechanizmu na zawołanie jest równie absurdalna, co próba zatrzymania bicia serca siłą woli.

Czytaj też  Czy Twoja skóra naprawdę potrzebuje wody? Fizjologia nawilżania, o której producenci kremów rzadko mówią wprost

Największy mit: „Muszę całkowicie opróżnić umysł”

To prawdopodobnie najczęstszy powód, dla którego ludzie twierdzą, że medytują „źle”. Znakomita większość początkujących wierzy, że celem medytacji jest osiągnięcie stanu całkowitej pustki w głowie. Gdy pojawiają się myśli, traktują je jako dowód porażki. To fundamentalne nieporozumienie, które badacze zjawiska mindfulness starają się odczarować od lat.

W rzeczywistości, w medytacji uważności (mindfulness) nie chodzi o to, by myśli zniknęły. Chodzi o to, by zauważyć, że się pojawiły, i świadomie zadecydować o niepodążaniu za nimi. Neurologia używa tu świetnej analogii. Kiedy skupiasz się na oddechu, aktywujesz sieć czołowo-ciemieniową w mózgu. Kiedy twoja uwaga odpływa (co jest nieuniknione), aktywuje się tzw. Sieć Aktywności Spoczynkowej (Default Mode Network – DMN), odpowiedzialna za błądzenie myślami. Moment, w którym zdajesz sobie sprawę: „o, znowu myślę o pracy”, to przebudzenie uważności. Powrót do oddechu to jak jedno powtórzenie z ciężarem na siłowni dla twojego mózgu.

„Jeśli podczas dwudziestominutowej sesji twój umysł ucieknie sto razy, a ty sto razy łagodnie sprowadzisz go z powrotem, to wykonałeś sto 'pompek’ dla swojej uwagi. To nie jest zła medytacja – to jest doskonały trening” – podkreślają eksperci od neuroplastyczności.

Spiritual bypassing, czyli kiedy medytacja staje się ucieczką

Choć błądzenie myślami nie jest złą medytacją, istnieją jednak zjawiska, które w psychologii uważa się za niewłaściwe lub wręcz szkodliwe wykorzystanie tej praktyki. Jednym z nich jest spiritual bypassing (duchowe omijanie), termin ukuty na początku lat 80. przez psychoterapeutę Johna Welwooda. Oznacza on używanie praktyk duchowych do unikania konfrontacji z nierozwiązanymi problemami emocjonalnymi, psychologicznymi ranami i trudnymi relacjami.

Osoba stosująca duchowe omijanie może medytować godzinami, używając spokoju jako tarczy przed prawdziwym życiem. Zamiast stawiać granice toksycznemu partnerowi, tłumaczy sobie, że musi po prostu wypracować w sobie więcej współczucia. Zamiast przepracować traumę na terapii, próbuje ją „odmedytować”, uciekając w sztuczny stan odcięcia. W tym przypadku medytacja rzeczywiście jest stosowana „źle” – staje się wyrafinowaną formą tłumienia emocji (supresji), co w dłuższej perspektywie prowadzi do poważnych kryzysów psychicznych, a nawet chorób psychosomatycznych.

Czytaj też  Jak wzmocnić odporność organizmu naturalnymi sposobami

Ciemna strona mindfulness – kiedy medytacja może zaszkodzić?

Przez lata dyskurs publiczny przedstawiał medytację jako uniwersalne panaceum bez skutków ubocznych. Jednak naukowcy, na czele z dr Willoughby Britton z Uniwersytetu Browna, zaczęli zadawać trudne pytania. Jej przełomowy projekt „Dark Night Project” (później przekształcony w organizację Cheetah House) bada trudne i niepożądane efekty medytacji.

Okazuje się, że dla pewnej grupy osób, w określonych warunkach, medytacja może być nie tylko nieprzyjemna, ale wręcz niebezpieczna. Kiedy więc mówimy o obiektywnie „złej” lub niedobranej praktyce?

Osoby z aktywną traumą i PTSD

Dla osób po ciężkich traumach, klasyczna medytacja polegająca na siedzeniu w ciszy z zamkniętymi oczami i obserwowaniu ciała może być jak wrzucenie ich do klatki z tygrysem. Kiedy odcinamy bodźce z zewnątrz, mózg zalewają sygnały z wnętrza (tzw. interocepcja). U osób z PTSD może to wywołać retrospekcje (flashbacki), ataki paniki lub silną dysocjację. Dla takich osób „dobrą” medytacją będzie medytacja w ruchu (np. powolne spacery, joga, tai-chi) lub medytacja z otwartymi oczami, skupiona na bezpiecznym obiekcie w otoczeniu.

Brak balansu i „przedawkowanie”

Złym podejściem jest też rzucanie się na głęboką wodę. Osoby, które nigdy nie medytowały, często wyjeżdżają na 10-dniowe, intensywne odosobnienia (tzw. kursy Vipassany), gdzie milczy się i medytuje po 10-12 godzin dziennie. Badania kliniczne dowodzą, że tak drastyczna zmiana funkcjonowania układu nerwowego może u niektórych osób wywołać stany lękowe, depersonalizację (poczucie odrealnienia od własnego ciała) a nawet epizody psychotyczne. To tak, jakby osoba wstająca z kanapy pobiegła ultramaraton. Trening umysłu wymaga stopniowania bodźców, zupełnie jak trening fizyczny.

Fizjologia uważności: Czy zła postawa psuje efekty?

Kolejnym obszarem frustracji jest ciało. „Nie potrafię usiąść w lotosie, więc nie mogę medytować” – to częsta wymówka. Tradycje wschodnie faktycznie kładą ogromny nacisk na wyprostowaną postawę z otwartą klatką piersiową, co ma uzasadnienie fizjologiczne: ułatwia głębokie, przeponowe oddychanie, które stymuluje nerw błędny i uruchamia przywspółczulny układ nerwowy (odpowiedzialny za relaks). Jednak forsowanie ciała do bólu jest kardynalnym błędem.

Medytacja na krześle, leżąc na podłodze (jeśli nie zasypiamy), a nawet podczas zmywania naczyń, może być równie skuteczna. Złą praktyką jest tutaj ignorowanie ostrego bólu. Wielu początkujących uważa, że musi wytrzymać ból kolan czy kręgosłupa, by udowodnić swoją siłę woli. Psychologia i fizjoterapia są zgodne: ostry ból to sygnał alarmowy organizmu. Praktykowanie z zaciśniętymi zębami nie uczy nas akceptacji, lecz uczy układ nerwowy kojarzenia medytacji ze stresem i zagrożeniem.

Czytaj też  Jak poprawić regenerację bez suplementów

Po czym poznać, że Twoja praktyka faktycznie działa?

Jeśli mityczne „oświecenie” czy pusta głowa nie są miernikami sukcesu, to skąd mamy wiedzieć, że medytujemy poprawnie? Badania prowadzone m.in. przez dr Sarę Lazar z Harvardu (która za pomocą rezonansu magnetycznego dowiodła, że medytacja pogrubia korę mózgową i zmniejsza ciało migdałowate) sugerują, by szukać dowodów nie na poduszce medytacyjnej, ale w codziennym życiu.

Dobra, skuteczna praktyka objawia się subtelnymi zmianami:

  • Zauważasz moment między bodźcem a reakcją. Zanim nakrzyczysz na partnera za nieumyty kubek, pojawia się ułamek sekundy refleksji: „jestem po prostu zmęczony”.
  • Szybciej wracasz do równowagi po stresującym wydarzeniu (np. sprzeczce w pracy czy utrudnieniach w korku drogowym).
  • Stajesz się bardziej świadomy sygnałów płynących z ciała (np. zauważasz zaciśniętą szczękę pracując przed komputerem i świadomie ją rozluźniasz).
  • Masz w sobie więcej wyrozumiałości – zarówno dla innych, jak i, co najważniejsze, dla samego siebie.

Złota zasada: Życzliwość wobec własnego umysłu

Podsumowując, medytację można zepsuć tylko na kilka konkretnych sposobów: używając jej do ucieczki przed rzeczywistością, ignorując swój stan psychiczny (jak w przypadku aktywnej traumy) lub podchodząc do niej jak do korporacyjnego zadania z listą KPI do odhaczenia. Wszystko inne – błądzenie myślami, znudzenie, senność czy wiercenie się na poduszce – nie jest złą medytacją. To po prostu materiał do obserwacji.

Prawdziwym sekretem „dobrej” praktyki, który potwierdzają zarówno starożytni mnisi, jak i współcześni neurolodzy, jest postawa, z jaką podchodzimy do naszych tak zwanych niepowodzeń. Jeśli na fakt, że twoja uwaga odpłynęła po raz setny, potrafisz zareagować nie złością, lecz łagodnym uśmiechem i stwierdzeniem „aha, znowu myślę, wracam do oddechu” – oznacza to, że właśnie wykonałeś najtrudniejsze i najważniejsze zadanie w całej praktyce mindfulness. W ostatecznym rozrachunku medytacja nie jest bowiem ćwiczeniem z bycia idealnym, ale nauką bycia ludzkim w najbardziej świadomy sposób z możliwych.

Dodaj komentarz